Właśnie, o freeganizmie miało być.
W wikipedii to jest opisane jako jakaś ogromna ideologia antykonsumpcjonistyczna dostępna jeno osobom o odpowiednio wykształconej świadomości politycznej. Niektórzy zostają freeganami z powodów ekologicznych (wiadomo, produkcja, przechowywanie i transport żywności to też obciążenia dla matki ziemi), niektórzy z powodów politycznych, jeszcze inni z religijnych a jeszcze inni - i ta idea najbardziej spodobała się Hesusowi i nam zresztą też - z powodów czysto ekonomicznych. Jeżeli mniej wydamy na żarcie to większe środki będziemy mogli przeznaczyć na piwo!
Bo właśnie chodzi o to, żeby żyć za darmo albo za jakieś zupełne minimum.
Metody są różne. Można się żywić w jadłodajniach dla ubogich nucąc pod nosem właściwą wersję piosenki Kayah i Bregovica "od czasu do czasu chodzę do Caritasu", można iść do brata Alberta, można też kupować przecenione, lekko przeterminowane żarcie w hipermarketach lub w ogóle po hipermarketowych śmietnikach grzebać, można pojechać na targ przed zamknięciem i wyprosić od handlarzy warzywa, które są w stanie wykluczającym sprzedawanie ich następnego dnia. Można też wybrać opcję artystyczną, ta jednakowoż wymaga znajomości w kręgach i jakiejś ciut lepszej garderoby a przynajmniej obuwia. Nie tego samego, w którym buszujemy po targu i hipermarketach. Wkręcamy się w tej opcji w różne możliwe wernisaże, bankiety, otwarcia, zamknięcia, recitale, rocznice - catering zawsze jakiś jest i można się najeść na zapas (co najmniej na dwa dni wprzód). Na razie więcej nie znam. Jak poznam, niechybnie się podzielę.
Niestety freeganizm kosztuje, główne koszty to czas (taki Albert wydaje obiady od 11.00 do 14.00). Na razie nie rezygnujemy z pracy, ale na razie jesteśmy początkujący. Kulki mocy z darmowym biurowym mlekiem są przecież li tylko podrygiwaniem nowicjuszy. Nic to, trenować będziem dalej. Troszkę przeszkodził nam w tym kryzys, bo np. w biurze już nie ma darmowej kawy rozpuszczalnej a tylko jakaś gorzka siekiera z ekspresu i ktoś o tak wyrafinowanym podniebieniu i delikatnym żołądku jak moje musi wybierać - darmowa, freegańska kawa i mulenie w żołądku, lub płatna, własna kawa i spokój w trzewiach. Na razie przynoszę kawę. Jak już wspomniałam - jestem freegańską nowicjuszką.
A o kawie i koledze, który jeszcze na studiach zapoczątkował kawowy freeganizm jeszcze wspomnę. Jak się jest Krakusem łatwiej być freeganem, chociaż się o tym nie wie :D
wtorek, 17 lutego 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

2 komentarze:
Pytanie do experta: czy do freeganizmu nazely takze korzystanie z darmowych srodkow lokomocji, takich jak autobusy podwazace do hipermarketow? Czasem tez trzeba nadlozyc drogi, ale przoszczedzi sie te 3 zyle.
A moze fakt, ze poswiecic trzeba na to wiecej czasu (bo najszybciej byloby sobie ten jogurcik kupic, niz wystac w kolejce do milej pani z promocji) stawia freeganizm gdzies blisko ruchu slow food?
No właśnie, ciągle ten czas... ja płacę za jedzenie swoim czasem. Nie płacę za warzywa z targu pieniędzmi, ale pracą potrzebną do ich upolowania, przetransportowania na drugi koniec miasta, oczyszczenia. I jest w tym zbieractwie coś bardzo przyjemnego - to chyba taki atawizm. :)
Prześlij komentarz